piątek, 17 października 2008
czego pragną kobiety?

To pytanie musiał zapewne zadawać sobie mój facet, przygnieciony ciężką koniecznością wybrania mi prezentu urodzinowego. Namacalny rezultat jego rozważań wzbudził we mnie fascynację i przerażenie. Otrzymałam, co następuje:

 1) rakietnicę na USB, która, sterowana odpowiednim programem, pozwala na miotanie trzema piankowymi rakietami w znajdujące się w pobliżu, niewinne osoby, 

2) grę planszową "Książęta Florencji",

3) zieloną mackę na patyku, do odstraszania potworów,

4) miniaturowe wiertło,

5) lizaka obudowanego fizjonomią Wielkiego Cthulhu (wykonana z modeliny, wielkiej urody - to jest, jak na Cthulhu).

Do tego doliczyć można posturodzinową 6), figurkę czegoś a'la wiktoriańska elfka, trzymająca w wątłej rączce pokaźną broń maszynową.

Jestem zachwycona. To są właśnie rozkosze absurdu.

sobota, 05 lipca 2008
raport interpretacyjny no. 1

Blisko półroczne już przebywanie w słodkiej i pięknej rzeczywistości czterech treningów tygodniowo zdecydowanie ma na mnie dobry wpływ. Cóż, ogólnie trzeba przyznać, że robienie czegokolwiek w miejsce gadania o tym ma na mnie wpływ wręcz znakomity. Co prawda, zajęcia, którym się aktualnie oddaję, mało mają wspólnego z nauką do egzaminów, ale bardzo pomagają wyrobić sobie odpowiedni do nich dystans. ;) Ba, nawet moja tzw. praca naukowa nabrała pozorów systematyczności. Słowem - jest przemiło, a jednym z milszych objawów bycia przemiło jest moje pierwsze podejście do przeniesienia słów pana Maira na grunt praktyki.

Było tak: pierwsza grupa technik, za którą się zabraliśmy, nosi dumną nazwę Ictus inferni, cum habitibus, quibus contra hostem irruimus de loco inferiori sursum feriundo, po ludzku zaś mówiąc - Unterhaw mit seine Stucke (widać, że Mair męczy się jak potępieniec, próbując dostosować niemiecką terminologię techniczną do łacińskich realiów). Pewne elementy technik okazały się cokolwiek kuriozalne i w znacznym stopniu odbiegające od tego, czego uczyłam się do tej pory; istnieje również realna możliwość, że kuriozalna jest nasza interpretacja, tym bardziej, że parę białych plam w niej zostało, a wykonanie niektórych akcji tak, żeby były skuteczne i niesprzeczne z tekstem, przekracza na razie nasze możliwości. ;) Oszczędzę potencjalnym czytającym wyliczania wszystkiego po kolei, nadmienię tylko jeszcze, że korzystanie z tego traktatu to prawdziwa przyjemność z filologicznego punktu widzenia. Język jest wspaniale techniczy, a czasowniki użyte najczęściej w ich prymarnym, wbudowanym niejako w samą ich strukturę znaczeniu - dla kogoś uczonego na bełkocie pewnego Wstrętnego Oratora taka prostota jest w pierwszej chwili zaskakująca, ale absolutnie nie ujmuje jej to piękna.

Na koniec nie odmówię sobie wklejenia ww. fragmentu (powiedzmy, że jako przypomnienia i obietnicy na przyszłość):

In eum habitum hoc pacto te adaptabis, dextrum praeponas, brachijs porrectis/ ensem pro facie tua teneas, acies longa superior existat, mucro versus terram incli/netur, et si ex ea forma sinistro fueris insequutus pede, inferne latus hostis dextrum/ brachijs cancellatis pulsato. Sed si dextro contra hostem consistas, atque is cupiat/ inferne adversum te inruendo pugnare, acie longa eum adversarij ictum removeas,/ sinistrum pedem, eius dextro si postposueris, verticem eius sauciabis. Verum/ si is idem usurparit contra te, acie ensis longa repellas, atque in supernam inclinatio/nem ensem deflectas in latus dextrum, interea insequutus dextro pedem, dextram/ aurem adversarij brachijs cancellatis ferias. Verum si is eadem contra te racione usus/ fuerit, aciem longam praemittendo ictum hostis avertas, et dextro rursum insequutus,/ vicissim eius dextrum latus adgreditor feriundo.

21:24, domna-n , mair
Link Komentarze (1) »
piątek, 25 kwietnia 2008
Julian Tuwim, "Składnia": na chwałę Języka.
In nova fert animus mutatas dicere formas corpora...

(Owidiusz)

Mowa - majowa, słowa - jak wiosna,

Toczy się nowa składnia radosna.

 

O, Venus, wiosno, bogini naga,

Deszcz ciepły mocno ciało twe smaga,

Śmiejesz się naga echem wesołem,

Jeszcze się zmaga słowo z żywiołem.

 

Zdaniem plecionym pasmami na krzyż,

Okiem-widokiem wzorzyście patrzysz,

Co się mówiło, to się uwiło,

Wieńcem-łańcuchem w mowę wstąpiło.

 

Prosta nauka, nie tajemnica,

Śpiewa ze szczęścia słodka Rodzica,

Tworząca Łada zdźwięki układa,

Składni radosnej rzęsiście rada.

 

Chwycisz splot prężny jak warkocz gruby,

Tobie ten strumień, poeto luby!

Wężem przez serce, światłem przez oczy,

Krzykiem żywotnym w dzieje się wtoczy.

piątek, 18 kwietnia 2008
metoda nie gorsza od innych

Zanim zostałem dyskordianinem, zawsze gdy wchodziłem do swojego zabałaganionego pokoju, czułem się nieswojo. Teraz zaś mówię po prostu 'Hail Eris!', pozdrawiając tym samym ucieleśnienie chaosu, i z radością się rozsiadam, myśląc, że galaktyki nie wyglądają lepiej.

/Kerry Thornley, wstęp do 'Principia discordia'/

niedziela, 23 marca 2008
frenzied linguist with feder

W euforii obcowania z manuskryptem takim, jak BSB Cod. Icon. 393, z edycją, która dla szkoły niemieckiej ma mniej więcej taką wagę, co - porównam bez wahania - dla historii iluminacji Ewangeliarz z Lindisfarne, łatwo zatrzymać się na etapie zachwytu tekstem, objawiającym się zajmowaniem się nim w każdej wolnej chwili i opowiadaniem o tym wszystkim napotkanym osobom (innymi słowy, typowe objawy zakochania). Ta forma studiów nie jest, oczywiście, pozbawiona wartości, ale rzetelna krytyka tekstu wymaga, niestety, także działań mniej przyjemnych, których ja, jako osobnik leniwy, instynktownie unikam, przy czym mój wewnętrzny mechanizm wymigiwania się od pracy utrzymuje mnie w błogim, acz z gruntu fałszywym przeświadczeniu o szybkim postępie mych badań.

Nie pierwszy raz wpadłam w tego rodzaju pułapkę - lecz, jak widać, doświadczenie nie wystarczyło. Skutkiem tego dziś, po ośmiu miesiącach od rozpoczęcia transliteracji, najistotniejsze dla mnie sekcje - długomieczowa i dussackowa - wciąż nie są ukończone, a o tym, co pan Paulus Hector Mair, urzędnik augsburski, raczył napisać na końcu swego 1000-stronicowego traktatu, mam pojęcie nad wyraz mgliste. Z drugiej strony przez pierwsze parę miesięcy korzystałam z łacińsko-niemieckiego tekstu Cod. Vindob. 10825, który w swej formie pergaminowej dorównuje ponoć pięknością kodeksowi z Monachium, lecz w świecie wirtualnym występuje wyłącznie w formie nieurodziwych i średnio czytelnych czarno-białych fotografii (czemu trudno się swoją drogą dziwić, zważywszy politykę cenową Universitatbibliothek Vien, jeśli chodzi o robienie zdjęć manuskryptom). Wydatnie utrudniło mi to pracę, co nie zmienia faktu, że z chwilą położenia łapy na CI 393, który błogosławiona Bayerische Staadsbibliothek udostępnia w takiej jakości, że widać strukturę pigmentu na obrazkach, powinnam była pójść do przodu z szybkością błyskawicy.

Tak się nie stało, co nie znaczy, że uważam ten czas za stracony. W końcu nie samym Mairem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Liechtenauera i komentatorów jego. A że, jak już wspominałam ja i Hanko Doebringer, nie słowami, lecz czynami najlepiej przekazuje się tę tradycję, na pierwszym miejscu stały, stoją i będą stały treningi, i to treningi absolutnych podstaw, w których ciągle nie czuję się pewnie.

Następne, oby konkretniejsze wynurzenia pojawią się tu, gdy ostatni z przecinków w transliteracji długomieczowej będzie sprawdzony, a ostatnia kropka postawiona.

Zapraszam tym czasem do bezpośredniego zapoznania się z najpiękniejszym kompendium wszechczasów, jedynym traktatem szkoły niemieckiej napisanym wyłącznie po łacinie, edycją, dla której powstania Paulus Hector Mair, męczennik za sprawę, zdefraudował publiczne pieniądze z kasy miejskiej Augsburga, za co go następnie powieszono (niewątpliwie było za co, skoro udało mu się uprzednio sprzedać swoje dzieło Albertowi V. Bawarskiemu za 800 florenów) - panie i panowie, oto jest Dzieło:

http://mdz10.bib-bvb.de/~db/bsb00006570/images/index.html

http://mdz10.bib-bvb.de/~db/bsb00007894/images/index.html

12:45, domna-n , mair
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 stycznia 2008
Rilke, Sonety do Orfeusza: I,XXV

A teraz ciebie bym chciał, ciebie, dla której miana

jak dla znanego mi kwiatu nie miałem wśród imion bezliku,

przypomnieć jeszcze raz, ukazać cię im, porwana,

piękna współtowarzyszko niepokonanego krzyku.

 

Gdy nagle, jakby dziewczęczość jej była odlewem mosiężnym,

ciałem pełnym wahania przyszło się wstrzymać tancerce,

bolesnej i nasłuchującej. - Czymś nade wszystko potężnym

muzyka jej uderzyła o przemienione serce.

 

Choroba była tuż. Cieniom zaborczym uległa,

zmierzchła i jakby przelotnie podejrzana krew jednak biegła,

uderzając do twarzy wiosną swą z siebie samej.

 

I znów, znów, mimo pauz ciemności i upadku,

jaśniała ziemsko. Aż wreszcie dopadła na ostatku

ze strasznym kołataniem rozpaczliwie otwartej bramy.


tłum. Adam Pomorski

czwartek, 17 stycznia 2008
Z cyklu: Limeryki sapkowskie.

Teksty tak stare, że wstyd je jeszcze ludziom pokazywać, zamieszczam tu, ponieważ pragnę złożyć hołd panu Słomczyńskiemu, a także - ponieważ jestem po wiktoriańsku sentymentalna.

Był raz człowiek co włosy miał białe,

Imię Geralt, i żądze niemałe

Brał on za punkt honoru

By każdego wieczoru

Wychędożyć choć raz sioło całe.

 

Czas był taki, że w sławnej Wyzimie

Potworzysko mieszkało olbrzymie

Kiedy Geralt się zjawił

Życia go nie pozbawił

Bowiem rzekło: Yennefer me imię.

 

„Jestem sławny wśród panien szlachcianek,

każda chętnie mi odda swój wianek."

Bard przechwałki snuł takie,

lecz był z prawdą na bakier

- tylko psami go szczuto co ranek.

 

wtorek, 15 stycznia 2008
ale o co chodzi, czyli nieco spóźnione wyjaśnienia

Ten blog pomyślany został jako miejsce bardzo prywatne, a w moim przypadku znaczy to także: zabałaganione - ot, taka szuflada, gdzie wrzuca się wszystkie cenne drobiazgi, żeby ich nie zgubić.  Oczywiście, wszytkich ewentualnych wizytujących zapraszam do czytania - i dla nich właśnie jest poniższe wyjaśnienie, żeby choć treść tej kategorii odarta została z aury kompletnej niezrozumiałości. ;)

W skrócie tak ogromnym, że aż niewyobrażalnym: Iohannes Liechtenauer, patronujący ww. kategorii, to XIV-wieczny, otoczony legendą mistrz szermierki, twórca oryginalnego systemu walki, początkowo bazującego na długim mieczu, później - przez kontynuatorów - rozwijanego także w kierunku innych broni (np. kord, puginał) oraz walki wręcz. System, o którym mowa, zwie się Kunst des Fechtens - niemiecką szkołą fechtunku. Swoje nauki Liechtenauer nie tylko przekazywał osobiście, ale i zawarł (dla przyszłych pokoleń czy dla zachowania tajemnicy?) w enigmatycznej postaci tzw. Merkverse, które jednak bez komentarza doświadczonego szermierza pozostawały absolutnie niedostępne. Co w takim razie daje nam dziś podstawy do ich interpretacji? Teksty jego następców, kontynuatorów szkoły niemieckiej, którzy opatrzyli Merkversen Liechtanauera takimi komentarzami, tworząc traktaty szermiercze (pierwszym znanym autorem traktatu z tej szkoły jest Hanko Doebringer, prawdopodobnie bezpośredni uczeń Mistrza - jego tekst pochodzi z roku 1389).

Traktaty szermiercze (zarówno niemieckie, jak i włoskie czy angielskie, którymi się nie zajmuję) stanowią dla nas współcześnie jedyne wiarygodne źródło dla odtworzenia sposobu, w jaki walczyła choćby niewielka część europejskiego rycerstwa w wiekach średnich i wczesnym renesansie. Uwaga: mówiąc o odtwarzaniu, mam na myśli praktyczne zastosowanie opisanych ww. tekstach technik. Nie inaczej, zastosowanie w walce - na tyle zbliżonej do realnej, na ile to możliwe, acz, w przeciwieństwie do tej sprzed wieków, nie prowadzącej do zejścia śmiertelnego jednego z walczących.

Co do interpretacji traktatów, jest to proces niezwykle złożony: począwszy od mozolnego odczytywania i transliterowania tekstu z manuskryptu, przez tłumaczenie go na język współczesny i konieczne często objaśnianie, aż po przenoszenie tego, co się wywnioskowało z lektury zagmatwanych uwag dawno zmarłych Niemców, na bardzo konkretny grunt starcia z aktywnym przeciwnikiem, który szczerze chce takiego interpretatora trafić i ma na to własny, paskudny pomysł. Jeśli ta ostatnia faza kończy się sukcesem, oznacza to pozytywną weryfikację danej interpretacji i pozwala przejść do udoskonalania jej poprzez dalsze ćwiczenia; jeśli nie, nie pozostaje nic innego, jak tylko cofnąć się do początku i krok po kroku poszukiwać swojej pomyłki, przy założeniu, że myli się nie autor traktatu, mistrz uczestniczący w żywej tradycji walki bronią białą, a współczesny adept szermierki, który, mając do dyspozycji tylko teksty i ilustracje, dochodzi do swoich wniosków metodą prób i błędów.

Dlatego też i wnioski, które będą się tu pojawiać, wnioski tyczące się różnych aspektów szermierki niemieckiej, traktatowych cytatów czy doświadczeń z treningu, siłą rzeczy muszą być mocno subiektywne i niekoniecznie sensowne. Co więcej, ze względu na mój brak doświadczenia ich poziom sensowności może być czasem zastraszająco niski (co obym spostrzegła szybko). Zapraszam więc nie tylko do czytania, ale przede wszystkim do poprawiania.

niedziela, 06 stycznia 2008
Z cyklu: Limeryki naukowe.

Pewiem sławny profesor w Oxfordzie

żądał, by mu powtarzać: „Milordzie!"

a gdy ktoś nie posłuchał

wył mu strasznie do ucha

jednocześnie go piorąc po mordzie. 

Medea

To ciało było ciepłe, rwało się w palcach jak ciasto

rozrobione, kruche, bogato kapiące krwią.

Nie wiem, czy wcześniej widziałam piękniejsze kolory razem:

morze czarnozielone, czerwień i róż i to niebo,

i kormorany krzyczące, i tamci pocący się strachem

żółtym słonecznie, co słono i cierpko smakował.

Stałam na dziobie statku i rozdzierałam po jednym

włókna wiążące mnie z ziemią, co majaczyła w oddali,

szybko i lekko i długo, zuchwale, i zrozumiałam,

gdy mego ojca okręty stanęły we wrzasku zielonym,

że to jest ostatnie szarpnięcie, braciszku; o ojcze,

O Helie megan, odpływam, Kolchido, odpływam.

 

z cyklu: Zmarłym w myśli zaglądanie. Impresje antyczne.

 

 
1 , 2